• 1 września 2016 roku do siedziby Kennedy'ego zapraszamy
    uczniów, rodziców, nauczycieli, pracowników, absolwentów i sympatyków
    szkoły
    na uroczystą inaugurację roku szkolnego 2016/2017.
     

    O godzinie 9:00 początek tego wydarzenia dla pierwszych i drugich klas gimnazjum,
    a o godzinie 10:00 dla trzecich klas gimnazjum i licealistów.

NAUKOWO-DYDAKTYCZNE POZDROWIENIA Z HELU

Współpraca ZSO Nr 5 w Bytomiu ze Stacją Morską Instytutu Oceanografii Uniwersytetu Gdańskiego trwa od wielu lat

Nauczycielki Marta Guja i Justyna Przepadło, zajmujące się programem edukacyjno-ochroniarskim z ramienia naszej szkoły, zaproszone zostały przez mgr Justynę Kąpę z Błękitnej Szkoły do odwiedzenia Stacji Morskiej.

28 lipca 2016 r. miały możliwość zapoznania się z funkcjonowaniem Stacji Morskiej od wewnątrz.

Nauczycielki zobaczyły m.in.: laboratoria, pomieszczenia badawcze, pomieszczenia, w których przebywały rehabilitowane foki, a także sale dydaktyczne, w których prowadzone są zajęcia dla uczniów w ramach Błękitnej Szkoły.

Marta Guja i Justyna Przepadło uczestniczyły również w karmieniu fok szarych rezydujących w stacji. Warto przypomnieć, że podczas karmienia odbywa się również trening medyczny. Dlatego też nie wolno traktować tej turystycznej atrakcji Helu jako pokazu cyrkowego!

Kolejnym etapem wizyty było zwiedzanie Domu Morświna oraz Parku Wydmowego.

Najważniejsza jest jednak odpowiedź na pytanie, czy współpraca naszej szkoły ze Stacją Morską będzie kontynuowana? Oczywiście, że tak. Mamy nadzieję, że nasi uczniowie będą chcieli się o tym przekonać osobiście podczas warsztatów i lekcji w Błękitnej Szkole w Helu.

Marta Guja i Justyna Przepadło dziękują Pani mgr Justynie Kąpie za dotychczasową pomoc naukowo-dydaktyczną oraz za zorganizowanie wizyty w SM IO UG.

Pozdrawiamy również Panią mgr Monikę Selin - koordynatora Błękitnej Szkoły.

Bieżące informacje o działaniach podejmowanych przez Stację Morską Instytutu Oceanografii Uniwersytetu Gdańskiego można odnaleźć na stronie http://www.hel.ug.edu.pl/ "

 

  • a
  • b
  • c
  • d
  • d1
  • d10
  • d11
  • d12
  • d13
  • d14
  • d15
  • d16
  • d17
  • d18
  • d19
  • d2
  • d20
  • d21
  • d22
  • d23
  • d24
  • d25
  • d26
  • d27
  • d28
  • d29
  • d3
  • d30
  • d31
  • d32
  • d33
  • d34
  • d35
  • d36
  • d4
  • d5
  • d6
  • d7
  • d8
  • d9

Męska pasja

Jacek Białoń. Lat 44. Pracuje w Kennedy'm, pośród nas. Gdy w szkole coś nawali, to stara się dokonać naprawy jak najszybciej. Zazwyczaj wykonuje swoją pracę w tempie sprinterskim.

Ostatnio poznałem go jako maratończyka.

W porównaniu z tempem pracy w szkole nieco tylko dłużej zajmuje mu przebiegnięcie 42,195 km. To bieg maratoński, a Jacek Białoń przebiega ten dystans w czasie nieznacznie ponad czterech godzin. Podczas 15. PZU Cracovia Maraton osiągnął wynik 4:07:39.

Tak długie dystanse biega od 2013 roku. Udziela się w Miechowickiej Grupie Biegowej. Trenuje praktycznie codziennie (szybkie marsze, przebieżki), a intensywnie co 3 - 4 dni. Owe lekkie przebieżki to... 10 km, a intensywne treningi 20 - 25 km. Obrazowo - na zakupy do Rudy Śląskiej i z powrotem. Truchtem.

Jacek Białoń lansuje zdrowy tryb życia. To sportowa dieta, troska o aktywny wypoczynek. Alkohol i papierosy to jego wrogowie.

Wierzy, że treningi i sposób życia umożliwią osiągnięcie kolejnego celu. Podczas Silesia Maratonu, jesienią tego roku, chce zejść poniżej 4 godzin! Życzę mu tego z całego serca i kibicuję temu ambitnemu zamierzeniu. Podobnie, jak Dominika i Stanisław. Dziewczynę poznałem w szkole, bo uczy się w naszym gimnazjum. Uprawia także łucznictwo. Prywatnie to córkę pana Jacka. Wspominam ją, ponieważ na pytanie o inne pasje i zainteresowania nasz maratończyk odpowiedział: na pierwszym miejscu rodzina, rodzina, panie Achimie. Nie znam jeszcze Stasia i jego ulubionych dyscyplin sportowych. Zapewne podpatruje swojego tatę, zacznie trenować bieg maratoński i uda mu się za kilkanaście lat ukrócić hegemonię Kenijczyków na tym dystansie.

  • 1-IMG_20160519_081808
  • 2-IMG_20160519_081719

Nigeryjska petarda eksplodowała w Kennedy'm

Gdy bliźniacy Dominik i Patryk Gierzak wraz z kolegami przyszli na szkolne boisko, aby wakacyjnie pokopać futbolówkę zapewne nie zauważyli przygotowanego ogniska, sporego zapasu drzewa do palenia i ławek, wyjętych z sal gimnastycznych i rozstawionych w krąg. Zastali boisko w stanie naturalnym, do którego przywykli: pusto i spokojnie. I zapewne nie spodziewali się, że za chwilę staną się pierwszymi aktorami wydarzeń. A właściwie ich piłka.

Tuż po 17. nasze szkolne zacisze rozdarł ryk silników, w nozdrza wdarł się ostry zapach spalin, a na posesję wdarły się wojskowa ciężarówka, autentyczna amfibia i gazik pełniący kiedyś funkcję wozu sanitarnego. Wypełnione wielobarwnym tłumem z dominacją czarnej karnacji skóry, nadzwyczaj ruchliwym i radosnym. Ci, niezwykle sprawnie, wysypali się z pojazdów, rozsiewając gwar po naszym terenie.

W tym właśnie momencie skończyła się sielanka drużyny Gierzaków. Gdy bowiem czarnoskórzy goście zobaczyli chłopców, ich piłkę i boisko natychmiast przejęli inicjatywę. Już pojawiły się dwie drużyny, ba, sędziowie liniowi, a nawet sędzia główny. I rozegrano MECZ. Uwierzcie, organizacja tego spontanicznego spotkania zajęła Nigeryjczykom mniej czasu niż lektura tego krótkiego akapitu. Pozostali przyjęli rolę kibiców. I miałem wrażenie, że większość z nich kibicowała nie tyle wybranym zespołom, ile spotkaniu jako takiemu, nagradzając okrzykami i oklaskami zarówno udane zagrania piłkarzy, jak też, z podobnym animuszem, ganiąc niezamierzone przecież faule lub kiksy bohaterów. Piłkarze zaś grali na maksa. Całkowicie oddawali grze swą wolę i siły. Toteż szybko słabły mięśnie,  nienawykłe do wyczynowego wysiłku. Ale i na to znaleźli radę. Oto spośród kibiców wyłaniały się substytuty zmęczonych i gra odżywała, utrzymując potyczkę niezmiennie na wysokich obrotach! A po kilku takich zmianach okazywało się, że niektórzy zawodnicy grali zarówno w jednej, jak i drugiej drużynie. Okiem sprawozdawcy sportowego muszę stwierdzić, że o ile Gierzakowie i spółka wyróżniali się techniką i przynajmniej próbą organizacji gry, to nie dorównywali kompanom z Afryki w spontaniczności, oryginalności, determinacji i skłonności do indywidualizmu w kopaniu futbolówki. Po licznych bramkach, których nikt zresztą nie nie liczył, wynik postanowiono ustalić w rzutach karnych.

Miłość Afrykańczyków do sportu znalazła potwierdzenie w innych dyscyplinach. Kibice, którzy nie doczekali się na swoją kolejkę w wyjściu na boisko poprosili o piłkę do kosza i siatkówki. I znowu, natychmiast ukonstytuowali drużyny zażarcie walczące o zdobycie kosza lub celne zbicie piłki na pole przeciwnika. A każdy taki pozytywny akt okraszali euforią zwykle przynależną mistrzom świata. Tak, nasi czarnoskórzy Goście zasłużyli w tym dniu na to miano, w tej pięknej prostocie, otwartości, radości życia i pragnieniu spotkania z drugim człowiekiem.

A na końcu, gdy zakończyliśmy potyczki sportowe, potańczyliśmy, pośpiewaliśmy, posililiśmy się, a na szkolną polanę powróciła naturalna tutaj cisza, pojawiła się naturalna refleksja: czy nie powinniśmy w takiej prostej formie i spontanicznej atmosferze urządzać naszych szkolnych pikników? I tego właśnie Nigeryjczycy nauczyli mnie mnie w to wyjątkowe, piękne piątkowe popołudnie.

  • 01-IMG_20160722_171400
  • 02-IMG_20160722_172404
  • 03-IMG_20160722_172915
  • 04-IMG_20160722_173224
  • 05-IMG_20160722_174533
  • 06-IMG_20160722_174604
  • 07-IMG_20160722_174616
  • 08-IMG_20160722_174627
  • 09-IMG_20160722_181146
  • 10-IMG_20160722_181550
  • 11-IMG_20160722_182345
  • 13-IMG_20160722_183002
  • 14-IMG_20160722_183116
  • 15-IMG_20160722_183457
  • 16-IMG_20160722_183605
  • 17-IMG_20160722_184655
  • 18-IMG_20160722_184703
  • 19-IMG_20160722_185706
  • 20-IMG_20160722_194144
  • 21-IMG_20160722_194155
  • 22-IMG_20160722_195151
  • 23-IMG_20160722_195208
  • 24-IMG_20160722_195528

Toskania. Niekoniecznie z przewodników

Tak, tak, wiem. Toskańcy bywalcy pytają zapewne: a Florencja, byliście? Tak, zwiedziliśmy. Pisa? No, tak, to kanon turystyczny! Siena, Lukka i tak dalej, i tak dalej. Takie elitarne przekomarzanie, swoista licytacja. Ale też cenna podpowiedź, wymiana doświadczeń i doznań. Cenne, bo otwiera ludzi na dialog. Doświadczyliśmy tego rytuału w miejscu naszego pobytu, gdzie pięć innych rodzin codziennie planowało wyjazdy i wyprawy. W te właśnie kultowe miejsca.

A my mieliśmy ze sobą rowery. Z dostępem do internetu i smartfony z mapami Google'a.

Połączenie tych dwóch wynalazków techniki zrewolucjonizowało nasze podróże. Florencja. Rowery na samochód. Parkowanie kilka kilometrów od zwiedzanych miejsc, bezproblemowo i bezpłatnie: obrzeże miasta, parking przed supermarketem, stacja benzynowa lub po prostu ulica, z mnóstwem wolnego miejsca przy krawężniku ograniczającego jezdnię. W kilkanaście minut relaksowego pedałowania i osiągacie cel, doprowadzeni przez życzliwy głos Wielkiego Wujka: prawie z dokładnością noniusza.

- Za 10 m skręć w prawo - życzliwie podpowiada smartfon przytroczony do kierownicy. Skręcamy. A za chwilę dalej, stosownie do sytuacji, aż nawigacja doprowadza do wyznaczonego celu. A potem sprawnie przejeżdżamy do kolejnego miejsca, delektujemy się zabytkiem, sięgamy do historii wyłuskując niezwyczajne fakty z zakamarków sieci. I podążamy do następnej atrakcji, dostępnej na wyciągnięcie ręki, dostojnie i bez pośpiechu, bowiem przejechanie rowerem 2000 m zajmuje mniej niż 10 minut, w przeciwieństwie do wizji wyczerpującego spaceru w toskańskim upale. I mamy czas na wszystko: zadarcie głowy, dotknięcie muru, objechanie wokół pomnika dwa, trzy, cztery razy i wykonanie zdjęć. Bardzo polecam ten (nasz) organizacyjny wynalazek wakacyjnego zwiedzania - połączenie roweru z internetem.

Jednak nas nie zafascynowały najbardziej tuzy toskańskiej wakacyjnej oferty turystycznej krzyczące z przewodników. Laur zwycięstwa w tej niby-konkurencji przyznaliśmy miejscom odkrytym w pięciu wyprawach. Trasy sklecaliśmy ad hoc pytaniem podczas tarasowego śniadania: no to gdzie dzisiaj jedziemy?

Pierwszy dzień to nadmorskie kurorty Toskanii: Cecina, Mazzanta, Rosignano Solvay, Castiglioncello. To ostatnie zbudowane na klifie i wydaje się, że tylko niezwykłe zdolności i umiejętności architektów i inżynierów zapobiegają katastrofie osunięcia się do morza pięknych domów. I urokliwa ścieżka dla rowerów prowadząca dwa metry od linii brzegowej! A wszędzie mnóstwo uśmiechniętych i życzliwych Włochów, którzy tę swoją naturalną cechę potęgują, gdy tylko strudzony wędrowiec-kolarz zechce w ich kawiarni zamówić kawę i ciasteczko. I to ich częste zawołanie - Polonia! - gdy dostrzegali biało-czerwone flagi przykręcone do rowerów.

Poprawiliśmy te doznania w kolejny dzień: przepiękny port jachtowy w Cecinie. Okazy porywające, że tylko bookować i w rejs, dookoła świata.Ale żona powiedziała, że ze mną nie pojedzie, bo to nudne zajęcie. I ważne odkrycie kulinarne. W porcie ryby i owoce morza z pierwszej ręki, dostępne w sklepiku skleconym z kilku desek i starego brezentu tuż przy rybackiej łodzi. Jeszcze malownicza Marina di Bibbona, ostatnia z pobliskich nadmorskich miejscowości, i koniec żartów. W ponad 30 stopniowym upale pniemy się w pobliskie wzgórza porośnięte winnicami i gajami oliwnymi. 350 metrów w górę.Asfalt się kończy w połowie podjazdu. Koniec luksusu. Dalej ciągniemy po nawierzchni szutrowej. Kurz doskwiera coraz bardziej. Pot kapie z czoła. Jednak cierpliwie pokonujemy kolejne metry wzniesienia. I wreszcie szczyt. Koniec morderczego podjazdu. Satysfakcja, że podołaliśmy. Nagroda - przepiękna panorama, nie, raczej obraz, z Morzem Liguryjskim w tle, domkami nad brzegiem, które przynależą do znanych już miejscowości. Bliżej nas przeogromna szmat terenu porośnięty winnymi krzewami

- To niemożliwe, aby ta połać należała do jednego gospodarza - mówię do Joli. I natychmiast odkrywamy właściwy klucz. Wśród winnic kolejni gospodarze pobudowali domy, znacząc w ten sposób swój teren. Są otwarte dla amatorów zakupu trunków. Z wstępną degustacją. Nam jednak nie wolno! Rowerzysta nie można spożywać alkoholu. Zostawiamy pokusę i równym trawersem dojeżdżamy do Bolgheri. Tu kolejna nagroda dla wrażliwego obserwatora - żywy kadr z filmów Federico Fellini'ego. Cisza i spokój. Kamienne domy pokryte mnichem i mniszką, dachówką typową dla włoskich obiektów.Wąska,zwarta zabudowa domostw, zamknięte okiennice chroniące przed upałem, starsi ludzie gdzieniegdzie siedzący w cieniu i pranie wiszące bądź na elewacjach, bądź na sznurach rozwieszonych w poprzek ulicy. Są i nieoczekiwane, jakby tajemne przejścia pomiędzy ulicami. To nieodłączne obrazy dla tego klimatu.

Powrót do Ceciny to zwrot tych 350 metrów podjazdu. Czysta przyjemność, bo rower gna sam, bez pedałowania i trzeba hamować, aby jeszcze dłużej i pełniej nasycać zmysły tymi niezwykłymi doznaniami.. A potem kąpieli w przydomowym basenie i włoskie tortellini nadziane aromatyczną bazylią w otoczeniu orzeszków piniola na spóźniony obiad. Lampka silnie schłodzonego wina marki NoName, wprost z winnicy, wypełnia wszystkie dzisiejsze oczekiwania. Padam na łóżko i natychmiast zasypiam.

  • 01-IMG_20160709_111241
  • 02-IMG_20160709_143003
  • 03-IMG_20160711_130606
  • 04-IMG_20160712_134759
  • 05-IMG_20160712_153122
  • 06-IMG_20160713_125041
  • 07-IMG_20160713_125911
  • 08-IMG_20160714_143206
  • 09-IMG_20160714_145301
  • 1-IMG_20160716_144602_BURST001_COVER
  • 10-IMG_20160714_145721
  • 11-IMG_20160714_155851
  • 12-IMG_20160715_121705
  • 2-IMG_20160716_142647

Toskania. W pocie więc oblicza twego będziesz musiał zdobywać pożywienie

Biblijny cytat w tytule pasuje do odpowiedzi na pytanie z czego żyją Toskańczycy. Odpowiedź krótka brzmi: bardzo ciężko pracują!

Mało śpię, wcześnie wstaję i od razu mam ochotę działać. Pamiętam z dzieciństwa, gdy jeździliśmy z rodzicami na agroturystkę do beskidzkiej Rajczy (chociaż nikt tego tak nie nazywał!, piszę tak z perspektywy dzisiejszej terminologii). Mój tato miał to samo. Gdy wstawałem jego nie było. Gdzieś już łaził. Czasami przynosił świeże bułki. I wtedy NIC już nie było potrzebne do śniadania oprócz garnca mleka wydojonego przez panią Wiercigrochową z poczciwej Maliny. A czasami garść borowików lub kurek, które mama zamieniła na aromatyczną jajecznicę Tu znowu przydawała się Wiercigrochowa, a właściwie jej bezimienne kury. Bywało i tak, że tato przynosił gazetę. Trybunę Robotniczą. I wtedy nic z tego nie miałem, bo nie umiałem jeszcze czytać. W tej refleksji sięgam bowiem pamięcią do czasów (mojego) analfabetyzmu.

A ma się to wspomnienie do naszego pobytu w Toskanii tak, że teraz ja wcześnie wstaję. Jednak to moje łażenie jest bezproduktywne w porównaniu z geniuszem mojego Rodziciela i Mistrza. Bo mleko w kartonie, jajka w lodówce, grzybów to tutaj nie ma (za sucho?), a gazetę, jeśli ktoś jeszcze czyta, to raczej w e-wydaniu. Ale za to łażę i patrzę. A Włosi, to jednak czytają! Zauważyliśmy to z Jolą niezależnie. Gdy upał niemiłosierny rozwija się w ciągu dnia ciągną do swoich Cafetereii i Pizereii i rozkładają gazety, klasyczne, szeleszczące i pachnące drukarską farbą. Czytają! Fenomenalne.

Zadałem sobie pytanie, z czego żyją Toskańczycy?

Zarówno podczas porannych spacerów, jak i wycieczek rowerowych rozglądam się po krajobrazie. Jedziemy na północ od Cieciny. Najbliższe kurorty: Mazzanta, Vada, Rosignano, Castiglioncello. Docieramy też na południe: Marina di Bibbona, San Vincenzo. To zagłębia turystyczne. Kwatery, hotele, kempingi, bary, restauracje, kawiarnie, lodziarnie, dyskoteki, lokalne dewocjonalia i odpustowe gadżety. To nakręca lokalny biznes i dostarcza miejsc pracy. Są też możliwości wydawania pieniędzy dla bardziej zamożnych. Żegluga morska. W Cecinie, Rosignano i Marina di Pisa odkryliśmy porty jachtowe. A w Pisie - stocznię produkującą pełnomorskie, wspaniałe, nowoczesne, smukłe i olbrzymie jachty. Świetnie zorganizowane. Każdy właściciel takiego pływającego cacka ma swój jachtowy parking i skorelowany z nim parking samochodowy. Przyjeżdżasz, parkujesz, odcumowujesz, pływasz. Pytam Jolę, czy popłynie ze mną w rejs dookoła świata? Mówi, że nie, bo nie wyobraża sobie wielu miesięcy zamknięcia w tak małej przestrzeni bez możliwości poruszania się. To grzeczna odpowiedź, Myślę, że w tej negacji chodzi jednak o jej męża, mruka. Zanudziłaby się. A zatem turystyka, gastronomia i towary luksusowe - to pierwsze źródła dochodów tutejszych ludzi.

Z wysokości siodełka roweru dostrzegam jednak i inne branże. Rolnictwo, to wydaje się najbardziej tradycyjne źródło przychodów. Rejon przymorski Toskanii jest bowiem płaski, wyścielony urodzajnymi ziemiami. Toteż prowadzenie rolnictwa wydaje się mieć sens. Pola obsiewa się żytem, pszenicą, kukurydzą a także warzywami. Są uprawy ziemniaków i pomidorów. Przyznaję ze skruchą, że kilkakrotnie skusiłem się, aby sięgnąć po te niezwykle słodkie grona. Do upraw nietypowych, w porównaniu z Polską, należą olbrzymie pola słoneczników, które zawsze zwracają swoje lica na południe, aby chłonąc jak najwięcej energii karmiącej rosnące ziarenka. I pomyślałem, że ta właściwość może być kolejną metodą ustalania kierunków świata, poza klasycznymi, znanymi z podręczników do geografii. No tak, ale skąd wziąć pole słoneczników, gdy zajdzie taka konieczność? Mija pierwsza dekada lipca, a Włosi mogą dożynkować! Pola skoszone. Nowoczesnymi kombajnami.

Te toskańskie pola w największym jednak stopniu wykorzystują producenci win i oliwy. Przeogromne obszary porastają gaje oliwkowe i wypielęgnowane, równe rzędy winnych krzewów. A najczęściej w centralnym ich punkcie stoją domostwa właścicieli. Wjechaliśmy kiedyś w takie pola. I znów staram się pobudzić wyobraźnię, jak wyprodukować butelkę dobrego wina. Katorżnicza robota! Na wiosnę każdy krzew trzeba przygotować usuwając stare pędy. A potem, gdy rosną młode, prowadzić je pomiędzy specjalnie przygotowanymi torami drutów, tworzących mechaniczny stelaż dla optymalnego wzrostu. Aby do gron docierało jak najwięcej odżywczej energii Słońca, przekształcanego przez biochemię rośliny w słodziutki nektar owoców. A potem kilkakrotnie pasemkować niepotrzebne odrosty rośliny. A potem, jesienią, w pokornym pochyleniu pleców cierpliwie zrywać owoc tej ziemi i wreszcie przetworzyć w smakowite wino. Ogrom trudnej, fizycznej pracy. Niewyobrażalnej dla nienawykłego mieszczucha. Taka produkcją zajmuje się nasza gospodyni, Alexandra. Oferuje sprzedaż butelki trunku za 3,50 €. Ta cena wydaje się śmiesznie niska w porównaniu z nakładem pracy na jej wytworzenie, a równocześnie pięknym doznaniem smakowym nieskazitelnego oryginału (ci, co wiedzą, co oznacza określenie "chrzczenie wina" wiedzą, o czym piszę) .

Bez zastanowienia płacimy za pięć butelek.

I oliwa. Przemysł narodowy, porównywalny z winiarstwem. Bo powszechne są ogłoszenia, banery, plansze i wskazówki, gdzie kupić wino i oliwę, oliwę i wino. Zawsze w podwójnym zestawieniu, jak w nierozłącznej symbiozie, uzupełnieniu. I kto produkuje wino, produkuje tez oliwę. A kto oliwę - ten i wino. Drzewa zaś oliwne rosną WSZĘDZIE. I widać na nich młode owocniki, znaczącej już wielkości, jednak jeszcze niedojrzałe, przez co niejadalne. Jest drogo! Nie kupiłbym za 10 € półlitrowej butelki wyraźnie mętnej kleistej oliwy. Ciekawość smak zaspakaja podarunek Alexandry. Kieruje agroturystyką, uprawia plantację oliwek, hoduje winne krzewy i wytwarza wino i oliwę. A teraz nam ja podarowała. Zapewnia, że ta "mętność" jej oliwy jest naturalna i to jest właśnie virgin oil, a nie te sklepowe... Miała rację! Smakuje niezwykle soczyście, jak gdyby koncentrowała w sobie wszystkie pożądane przyprawy zestawione w idealnych proporcjach. Ale ta cena...

Turystyka, usługi luksusowe, rolnictwo, wino, oliwa. To paleta tradycyjnych zajęć Toskańczyków. Ale jest też przemysł. Olbrzymia fabryka chemiczna produkująca sodę archaiczną metodą Solvay'a. Z dymiącymi kominami, szkaradnie wpisująca sie w sielankowy krajobraz. Szkodzi nie tylko doznaniom wzrokowym. Zatruwa bowiem środowisko zrzucając olbrzymie ilości białych mórz, odpadów poprodukcyjnych, bezpośrednio do Morza Liguryjskiego, kilka kilometrów od kurortowych plaż. Jednak ta fabryka daje pracę wielu tysiącom Włochów, toteż pewnie dlatego "przymyka się oko" na ten skandal. Bez względu na to, czy to bezosobowe określenie oznacza rząd włoski, czy też unijne agencje zajmujące się ochrona środowiska. Ale są i pozytywniejsze przykłady. W górach, nieodległych od linii brzegowej, niemiecki Knauf wkomponował przepięknie w krajobraz olbrzymią fabrykę materiałów izolacyjnych. Czysto, schludnie, porządnie.

Tak też odpowiedziałem sobie na pytanie z czego żyją Toskańczycy. Ta odpowiedź to mój prywatny spis z natury. Na ile jest zgodny z rzeczywistością, a na ile wydumany? Nieważne, przecież zawsze można sięgnąć do statystyk gospodarczych. Dla mnie było to jednak zajęcie bardzo zajmujące. I wierzę, że Czytelnikowi podobały się te moje obserwacje gospodarcze.

  • 01-IMG_20160713_071251
  • 02-IMG_20160713_071354
  • 03-IMG_20160713_140956
  • 04-IMG_20160713_152247
  • 05-IMG_20160713_152302
  • 06-IMG_20160713_152351
  • 07-IMG_20160713_154101
  • 08-IMG_20160713_154111
  • 09-IMG_20160713_172115
  • 10-IMG_20160713_172121
  • 11-IMG_20160713_172128
  • 12-IMG_20160713_172846-0
  • 13-IMG_20160714_120746
  • 14-IMG_20160714_123641
  • 15-IMG_20160714_132030
  • 16-IMG_20160713_142433
  • 17-IMG_20160713_144909
  • 18-IMG_20160713_150707
  • 19-IMG_20160713_150743
  • 20-IMG_20160710_123514
  • 21-IMG_20160711_104632
  • 22-IMG_20160711_113946
  • 23-IMG_20160711_114344
  • 24-IMG_20160711_130606
  • 25-IMG_20160711_130710
  • 26-IMG_20160711_132332
  • 27-IMG_20160711_132625
  • 28-IMG_20160711_133029
  • 29-IMG_20160711_133731
  • 30-IMG_20160711_133803

Tosakańskie trele-morele

Wyjeżdżając z Polski, hen daleko, zawsze z niecierpliwością wędrowca oczekuję na nowe doznania przekazywane do mózgu za pośrednictwem moich zmysłów. U mnie to czas ich szczególnego wyostrzenia. Chcę nimi odczuwać te nowe miejsca i konfrontować je, porównywać z największymi zasobami, jakie posiadam w głowie - tymi dotyczącymi Polski.

W tym roku źródłem tych nowych wrażeń stała się Toskania, jak zwykle wybrana wspólnie z żoną przysłowiowym palcem po mapie, a właściwie myszką po internecie, jeszcze głęboką polską zimą. Otóż booking.com - klik, Toskania (to brzmiało tak soczyście, dźwięcznie, kusząco) - klik, a na pierwszym miejscu wyszukiwania Cecina (a w głowie zaświtało wyobrażenie włoskiej wymowy tej miejscowości z zamianą liter c na cz, nieco zmiękczone) - klik, agroturystyka - klik, zaliczka 150 € - klik, bank - klik. I gotowe.

Początek lipca. Jedziemy. Mnóstwo kilometrów, pokonywanych nocą przez Czechy i Austrię. Nieprzebrana siatka dróg wokół Wiednia, ale wciąż jeszcze nocą. I sen, który nieoczekiwanie nuży pasażerów w monotonii pokonywanej trasy, podobnie jak nieoczekiwane przebudzenie po najechaniu na jakąś nierówność w drodze. I w tym mgnieniu oka, za oknem pojazdu, zapierające dech widoki Alp, budzone pierwszymi promieniami Słońca. I już wiem, że dla tego widoku warto było ruszyć w tę drogę.

Takie przeżycie nastraja radością, a umysł jej ulega podpowiadając pomysły na nieplanowaną przygodę.

- Może zahaczymy o Firenze - pytam żonę prowadzącą w tej chwili naszą Cytrynkę, szpanując znajomością oryginalnej nazwy Florencji.

Nie przyjęła propozycji, bo przecież za nami już 1000 kilometrów, a do celu wciąż daleko. I prowadzi samochód juz ponad 200 kilometrów. Jasne, odpuszczam. Ale za kolejnych 50 kilometrów jest zgoda.

Zupełny spontan. Sprawnie wyszukuję pakiet turystyczny wartościowych miejsc i wprowadzam do Moich miejsc na konto Google'a. Realizujemy wielokrotnie sprawdzony scenariusz. Parkujemy za obrzeżach miasta, ściągam rowery z dachu. programuję smartfon na dojazd do pierwszego, zaplanowanego miejsca i w drogę. A nagroda tego dodatkowego wysiłku czeka już za kilka kilometrów. To ten przepiękny stan ducha sycącego się klimatem miejsca. Florencja. Historia. Niezwykła architektura. Znacie to uczucie, bo przecież na pewno doznaliście go spacerując chociażby po naszym Krakowie. I ta rozwrzeszczana wieża Babel wielojęzycznego tłumu snującego się po historycznym bruku i pokazującego sobie smakowite kąski historii zakutej w architektoniczne formy i kształty. Tak, jak oni pędzimy zatem od jednego do drugiego, zaliczamy, aż tu nagle STOP. W znacznym oddaleniu od centrum, wolny od turystycznego gwaru, bo daleko i nie mieści się w nasyconych programach masowych wycieczek. Oto przepiękny kościół San Miniato al Monte i jeszcze piękniejsza panorama Florencji. Chłoniemy ją, odsuwając na dalszy plan ciekawość o ziemskie dzieła tego dla nas egzotycznego świętego. Kasia i Wojtek mieli rację! Tu trzeba było przyjść, chociaż ostry podjazd na wzgórze stanowił duże wyzwanie dla kolarzy-amatorów. What's App'em wysyłamy do nich pozdrowienia i podziękowania za turystyczną wskazówkę. Wracamy do Cytrynki, sprawnie ładuję rowery na dach i dalej, na południe.

Wreszcie Cecina. Wszystko przebiega zgodnie z ustaleniami. Rzeczowa i skrupulatna Alexandra, urodziwa Włoszka i właścicielka włości, na których przeżyjemy ten tydzień, sprawnie załatwia wszystkie papiery i prowadzi do naszego schludnego lokum. Some words in basic English. Niestety deficyt języka po obu stronach uniemożliwia wyczerpującą rozmowę o jaj i naszej codzienności.

Kiedyś było tu gospodarstwo. Rolne. A teraz agroturystyczne. Uprawa winorośli i oliwek trwa nadal. Jednak budynek otoczony odłogowanymi polami wymusił zmianę przeznaczenia.

Zajmuje mnie architektura budowli. Grube mury, małe okna okryte okiennicami, szczelnie zamkniętymi przez cały dzień. To nie przejaw izolacji przed ludźmi, czy nawet ksenofobii. Tak postępują tutaj wszyscy. To pragmatyzm antyupałowy, ochrona przed codziennym, nieubłagalnie palącym słońcem. Ale wieczorem wszystkie te otwory zostaną szeroko otwarte i przez całą noc będą łapczywie chłonąc nawet najmniejszy powiew wymuszający wentylację, aby przynajmniej o ułamek stopnia wystudzić nagrzane mury. Zauważyłem i inne rozwiązania toskańskiej architektury służące obronie przed ciepłem. To balkony, często wkomponowywane w bryłę budynku, zamknięte od frontu dodatkową ścianą z otworami w kształcie łuków. Ta ściana to naturalna izolacja termiczna, ochrona przed bezpośrednim działaniem Słońca i swoisty poziomy komin, wymuszający chłodzący przewiew wzdłuż ścian. I dachy o małym kącie nachylenia, okryte prawie identyczną czerwono-szarą dachówką. Wystające na pół metra lub więcej poza obrys budynku, aby, hamować upał. Jak parasol. I nie spotkałem tu połaci o nachyleniu zakopiańskim, ostrych jak turnie Tatr. Bo dzięki tej prawie płaskości słoneczny strumień ciepła zaledwie lekko smaga powierzchnię toskańskich dachów.

Sprawne rozpakowanie i łapczywa chęć snu. W tym pierwszym dniu wystarcza jeszcze energii, aby zaliczyć rytualny spacer na toskańską plażę Morza Liguryjskiego, aby zachłysnąć się czystym zachodem słońca. I zdjęcia szczęśliwych małżonków na tym tle. Cepelia, oczywiście. Ale to przecież WAKACJE.

  • 01-IMG_20160710_111227
  • 02-IMG_20160713_064515
  • 03-IMG_20160713_064630
  • 04-IMG_20160713_131824
  • 05-IMG_20160713_141835
  • 06-IMG_20160713_142203
  • 07-IMG_20160713_171948
  • 08-IMG_20160714_150909
  • 09-IMG_20160709_205803
  • 10-IMG_20160714_120518
  • 11-IMG_20160714_122401
  • 12-IMG_20160713_141528
  • 13-IMG_20160713_131410

Wydawca
Dyrektor ZSO nr 5 w Bytomiu
Alfred Kijowski
Opiekun serwisu
Tatiana Buchta
Stałe tematyczne zespoły redakcyjne
Bytomskie Koło Terenowe PTG

Justyna Przepadło
Marta Guja
Małgorzata Bosek
Karina Dyba
Monika Maruszczyk
Szkolne Koło PCK
Justyna Przepadło
Justyna Janicka
Monika Maruszczyk
Marta Guja
Szkolne Koło LOP
Karina Dyba
Małgorzata Bosek
Osiągnięcia
Krystyna Marusiak
Biblioteka
Justyna Janicka
Monika Maruszczyk
Samorząd Uczniowski Gimnazjum
Marta Guja
Anna Mrozek
Samorząd Uczniowski Liceum
Anna Okwiecińska
Joanna Sitek
Administrator serwisu
Radosław Buchta
Zespół redakcyjny bieżącego roku szkolnego
Teksty
Elżbieta Beblik
Anna Meiser
Marcin Paś
Józef Potępa
Karolina Celej
Agnieszka Masik
Zdjęcia
Iwona Konieczna
Elżbieta Beblik
Ewa Dziendziel
Karolina Celej
Angelika Majda
Agnieszka Masik
Klaudia Krzyżańska
Milena Kuropatwa
Natalia Ozga
Karolina Ziętek
Michał Koryciorz
Adrian Płuska
Archiwum UM w Bytomiu
Archiwum ZSO 5 w Bytomiu